W wielu salonach i punktach usługowych grafik powstawał tak samo: każdy pracownik miał swoje stałe dni i godziny, niezależnie od tego, kiedy przychodzą klienci. Efekt był łatwy do przewidzenia: tłok w piątek po południu i puste stanowiska we wtorek rano.

Kiedy zestawiliśmy godziny pracy z godzinami wizyt, okazało się, że część etatów była opłacana za czekanie. Przesunięcie kilku zmian przyniosło więcej niż kampania reklamowa.

Od tego czasu przy każdej diagnozie sieci usługowej patrzymy na obłożenie stanowisk w podziale na godziny. To jeden z najszybszych sposobów, by znaleźć pieniądze bez podnoszenia cen.