Współpraca z branżą fryzjerską pokazała nam schemat, który później widzieliśmy w dziesiątkach sieci. Pierwszy salon zarabia, bo właściciel jest w nim codziennie. Drugi i trzeci działają bez niego i wyniki są wyraźnie słabsze.

Pieniądze gubiły się w kilku miejscach: w nieobsadzonych godzinach grafiku, w rabatach udzielanych bez zasad, w zużyciu materiałów, którego nikt nie liczył, i w klientkach, które po odejściu fryzjerki przechodziły razem z nią do konkurencji.

Rozwiązaniem nie była kontrola właściciela w każdym punkcie, tylko spisanie tego, co właściciel robił intuicyjnie, i przełożenie tego na proste wskaźniki dla każdego salonu.